Wspomnienia z czasów wojny – z nagrania Macieja Szczepańskiego

Maciej Szczepański - kadr z nagraniaMaciej Szczepański urodził się 7 lipca 1928 r. w Sosnowcu, mieszkał przy ul. Racławickiej, potem przy Rybnej. Dzieciństwo wspomina jako czas spokoju i bezpieczeństwa, uwielbiał jeździć do sąsiedniej wsi Niwki, gdzie kąpał się w krystalicznie czystej Białej Przemszy, chodził do okolicznych lasów. Wybuch wojny zastał go w piątej klasie szkoły powszechnej…

- Wojna wybuchła w piątek, był to piękny, słoneczny dzień, a już w niedzielę razem z mamą i ojcem zostaliśmy wsadzeni do autobusu i ewakuowani. Mój ojciec Aleksander Kazimierz był zastępcą naczelnika Urzędu Skarbowego w Sosnowcu  i razem z całym urzędem miał zostać ewakuowany do Sanoka. Do dziś nie wiemy dlaczego akurat tam. Oczywiście w tym całym zamieszaniu  wojennym nie dojechaliśmy do Sanoka. Pamiętam, gdy w trakcie tej ewakuacji przejeżdżaliśmy przez niewielką miejscowość Staszów, gdzie przeżyliśmy nalot niemieckich samolotów, które ostrzeliwały rynek. Pamiętam łoskot karabinów maszynowych i głuche uderzenia pocisków. Czasami pieszo, czasami podwodami dotarliśmy aż pod Kowel, po drodze przeprawiając się przez Bug. Stamtąd zaczęliśmy wracać i w końcu października trafiliśmy znów do Sosnowca na Rybną, witani przez rodzinę, jakbyśmy z martwych powstali.

Praca

W czasie okupacji uczęszczał do niemieckiej szkoły powszechnej z polskim językiem wykładowym. Lekcje odbywały się po polsku ale rozpoczynały się od pacierza mówionego po niemiecku. Kiedy skończył 14 lat, zgodnie z wówczas obowiązującymi na terenie Rzeszy przepisami musiał iść do pracy. Sosnowiec miał wówczas status terytorium Rzeszy Niemieckiej i wchodził w skład Gau Ostoberchlesien. Najpierw pracował w żydowskiej fabryce lin i drutu, której biura znajdowały się w Sosnowcu, zaś fabryka – świeżo wybudowana, bardzo nowoczesna jak na owe czasy – w Sławkowie koło Olkusza. Pracował tam jako goniec i często jeździł do Sławkowa z pocztą. – Nie wspominam tej pracy źle, szefami było dwóch bardzo wymagających Niemców, którzy jednak nas, Polaków dosyć dobrze traktowali. Kiedy biura przeniesiono do Sławkowa, podjął pracę w innej niemieckiej firmie, produkującej proste meble. – Mój ojciec w tym czasie  pracował jako Stundenbuchalter, praca polegała na tym, że miał umowę z kilkoma niewielkimi przedsiębiorstwami m.in. z mleczarnią, która się mieściła na ul. Orlej w Sosnowcu, na podstawie której załatwiał im sprawy związane z księgowością. Taką umowę miał również z właścicielem firmy w której zacząłem pracować – Stefanem Welter. To był Niemiec przesiedlony do Sosnowca z Besarabii. Tutaj przejął małą fabryczkę stolarską. Ponieważ znałem bardzo dobrze niemiecki zostałem, tak jakby, jego urzędnikiem, wklepywałem na maszynie różne listy, porządkowałem dokumenty. I tak dotrwałem do końca wojny.

Okupacja

- Jesienią 1944 r. miałem razem z moim serdecznym kolegą Tadkiem Polakiem przygodę, która mogła się dla nas fatalnie skończyć. Gdy szliśmy ul. Rybną, do mnie do domu zauważyliśmy, że w parterowych oknie domu po przeciwnej stronie drogi, stoi dwóch chłopaków w mundurach Hitlerjugend. Jeden z nich  strzelił z wiatrówki i trafił Tadka w ramię. Gdy krzyknęliśmy do nich, przeskoczyli przez parapet i zaczęliśmy się bić. Zaraz przybiegł niemiecki policjant i zaczął wrzeszczeć na nas. Uratowały nam skórę dwie rzeczy, pierwsza to taka, żeśmy lepiej mówili po niemiecki niż tych dwóch „hajociaków” w mundurach. Po prostu zakrzyczeliśmy ich. A druga to taka, że ten policjant był Ślązakiem z Opolszczyzny, znał mnie, bo często zachodził na wódeczkę do brata mojej mamy, który mieszkał w tej samej kamienicy co my.  Potem dowiedziałem się, jak przy kolejnym kieliszku mówił, żeby mi spuścić lanie, żebym więcej nie bił się z chłopakami z Hitlerjugend. Do dziś pamiętam tę przygodę i szczęśliwy zbieg okoliczności.

Wielokulturowość

Przedwojenny Sosnowiec był miastem wielokulturowym. Mieszkali tam „etniczni” Polacy, niewielu Niemców, i trochę Rosjan, którzy zostali tu z czasów carskich, było też sporo mieszkańców pochodzenia żydowskiego. W latach okupacji w Katowicach mówiło się oficjalnie po niemiecku, nie było słychać na ulicach polskiego. Natomiast w domach  przeważająca część Ślązaków mówiła po polsku. W Gliwicach czy Bytomiu gdzie czasami bywałem czułem jako Polak, młody chłopak, że to były różne miasta, że Gliwice to była Rzesza, a Katowice to był Śląsk, polski Śląsk. W moim przekonaniu, pierwsze lata okupacji nie zgermanizowały obrazu Katowic, jako miasta. 

Miałem kolegę, ale już po wojnie, który był wyznania prawosławnego, a jego matka dentystka była Rosjanką. Inny też bliski kolega był pochodzenia żydowskiego. Nie stanowiło to żadnego problemu. Wielokulturowość w Sosnowcu nie miała wyznaczonych granic, ale granice owszem były, ale wyznaczały je poszczególne dzielnice Sosnowca, a nie pochodzenie mieszkańców. Kiedy mój brat stryjeczny, Jędrek, starszy ode mnie o 10 lat, chodził do narzeczonej na Środulę, to nosił ze sobą pod pachą tzw. usypiacz, czyli rurkę od gazu zawiniętą w papier.

Znałem też i taką historię rodziny. Otóż we wrześniu 1939 r. przed willę na obrzeżach Mysłowic zajechał odkryty mercedes z którego wysiadł pułkownik Wehramchtu. Przyjechał zobaczyć się ze swoim przyjacielem z czasów I wojny światowej. Powiedziano mu, że ten przyjaciel został złapany przez Niemców jako działacz powstańczy i jest przesłuchiwany przez gestapo w Katowicach. Oczywiście ten pułkownik wydostał przyjaciela. To była rdzennie niemiecka rodzina, miała Volkslistę nr 2. Potem ten przyjaciel pułkownika został wcielony do Wehrmachtu i został ranny, po wojnie wrócił do Katowic. Pamiętam że wszystkie dzieci w tej rodzinie zdobyły wyższe wykształcenie, w latach 50., 60., często wyjeżdżali do RFN, ale zawsze wracali, bo byli Polakami. Takich Niemców, takich Ślązaków też znałem i żywię do nich głęboki szacunek.