Droga do aktorstwa – z nagrania Bernarda Krawczyka

Bernard Krawczyk w sali Parnassos Biblioteki Śląskiej[…] Gdy w 1950 r. tworzyło się Państwowe Studio Dramatyczne przy Teatrze Śląskim w Katowicach chodziłem do liceum. Razem z moim kolegą Jankiem Klemensem, późniejszym dyrektorem Teatru Zagłębia w Sosnowcu, zamiast do szkoły na zajęcia, pojechaliśmy do Katowic popróbować swoich sił…

Egzamin był w kawiarni przy ul. Wieczorka. To było pierwsze zaskoczenie, bo nigdy wcześniej nie byłem w kawiarni. Znałem tylko bary mleczne i bar rybny w Mysłowicach. Nigdy nie miałem kontaktu z tym światem. Gdy weszliśmy, uderzył nas dym papierosowy, zapach kawy i zobaczyliśmy jakieś dziwne „typy”. Pamiętam jak reżyser operetki śląskiej chodził w takiej dziwnej pelerynie i w peruce. Gdybym wtedy wiedział kto tam siedzi, to chyba bym nie zdał tego egzaminu, ze strachu. Władysław Woźnik, świetny aktor, Wojciech Natanson, genialny człowiek, Wilhelm Szewczyk, Gustaw Holoubek – nazwiska takie, że można było zwariować, ale wtedy ich jeszcze nie znałem. Przeszliśmy przez tę cyganerię i po schodach weszliśmy na małą scenę. A tam stało już chyba z 70 kandydatów, albo i więcej. Tłok niesamowity. Ale twardo stoimy i czekamy. Wreszcie przyszła moja kolej. Powiedziałem jeden wiersz, drugi wiersz, podziękowali, o coś jeszcze zapytali ale nie pamiętam.  Wszystko odbyło się błyskawicznie. W domu nikomu o tym nie powiedziałem, rodzice nic nie wiedzieli. Za dwa tygodnie okazało się, że obaj zdaliśmy egzamin i zostaliśmy przyjęci.

Wszystko co robię w moim zawodzie zawdzięczam głównie Gustawowi Holoubkowi, Romanowi Zawistowskiemu i paru jeszcze innym aktorom. Przez te trzy lata mojej nauki w teatrze to był inny świat. Dla mnie to była góra lodowa, gdy wchodziłem do teatru czapkowałem począwszy od portiera poprzez wszystkich pracowników, przy starszym o rok, dwa aktorze nie odważyłem się odezwać, dopóki on się nie odezwał pierwszy lub nie podał mi ręki. Taka była tradycja teatru przedwojennego. 

Od początku miałem szczęście do ludzi i do repertuaru, od razu grałem duże role. To był okres socrealizmu w teatrze, grało się więc sztuki o klasie robotniczej. Pamiętam jak grałem Pawkę Korczagina w Jak hartowała się stal.  Mój przyjaciel Zbyszek Gruca powiedział mi później, że po przedstawieniu od razu chciał wstąpić do Komsomołu. Potem grałem w Poemacie pedagogicznym… Myśmy swoją młodością, innością patrzenia na sztukę i na realizację, na wypowiadanie się, wprowadzili świeżą krew do teatru. Zresztą taki też był Holoubek, wtedy niewiele starszy od nas. Najpierw był moim nauczycielem,  potem moim reżyserem, potem moim dyrektorem, a na koniec miałem przyjemność grać z nim. Oczywiście byli też inni wspaniali aktorzy np. Roman Hierowski, lwowski artysta, amant.

W 1957 r. Gustaw Holoubek musiał wyjechać, preferował klasykę, a w socrealizmie trzeba było grać sztuki o klasie robotniczej. Mówił „Ślązacy to nie są głupi ludzie, to są ludzie o wielkiej wrażliwości, nie trzeba im wsadzać na siłę pewnych rzeczy, ci ludzie mają wyobraźnię, do nich klasyka także przemawia”. Ale niestety do decydentów te słowa nie przemówiły. […]